• - - - -

Certyfikat okiem początkującego programisty

Swój pierwszy egzamin na ścieżce certyfikacyjnej zdałem na 3. roku studiów. Było to wtedy według mojego rozumowania całkiem niemałe osiągnięcie. Właśnie kształtowała się moja zawodowa tożsamość; właśnie skończył się mój udział w pierwszym prawdziwym, większym projekcie; właśnie czyniłem pierwsze plany na swoją programistyczną przyszłość… Zdobycie certyfikatu na tym etapie było bardzo motywującym krokiem. Nauka dodatkowego, „egzaminacyjnego” materiału pokazała mi, o ilu obszarach technologii nie mam jeszcze pojęcia. Pozwoliło mi to zwracać mniejszą uwagę na to, co do tej pory udało mi się osiągnąć , i nauczyć się, że zbytnie skupienie na już posiadanych umiejętnościach może okazać się hamulcem w drodze dalszego rozwoju. Zamiast tego, pochłonęło mnie odkrywanie kolejnych tajników platformy, technik programistycznych i rozwiązań będących wówczas jeszcze kompletną tajemnicą. Między innym dzięki zdaniu egzaminu dotarło do mnie, że o euforii związanej z pierwszym „dużym” projektem nie może być mowy, bo tak naprawdę moja droga dopiero się zaczyna. A tytuł „certyfikowanego profesjonalisty” wydawał się być wtedy czymś naprawdę wyróżniającym i godnym uwagi. Budził chęć do dalszej edukacji i inwestowania czasu w rozwijanie programistycznych umiejętności. Wszystkim niezdecydowanym na tym etapie - zdecydowanie polecam.

Certyfikat okiem „zawodowca”

Po kilku latach na swoje osiągnięcia z przeszłości, oraz ideę certyfikacji patrzy się trochę inaczej. Na drodze zawodowej egzamin powinien być raczej sprawdzeniem umiejętności, ewentualnie bodźcem do usystematyzowania posiadanej wiedzy. O wielkiej satysfakcji płynącej ze zdania z egzaminu raczej nie może być mowy, ponieważ zawód programisty i tak wymaga ciągłego doskonalenia. Ewentualne uzyskanie certyfikatu jest po prostu poświadczeniem dobrze wykonywanej pracy, a porażka - motywacją do poważniejszego podchodzenia do swoich obowiązków. Ani posiadanie, ani nieposiadanie certyfikatów nie jest raczej niczym nadzwyczajnym, czy godnym uwagi.

Pomysłem godnym rozważenia może być wspólna, zespołowa nauka i jednoczesne organizowane przez firmę podchodzenia pracowników do egzaminów. Oprócz potencjalnego podniesienia ich kwalifikacji, można w ten sposób bardziej zgrać ze sobą członków zespołu, zachęcając do zbiorowego poświęcania czasu na ten cel.

Certyfikat okiem pracodawcy

Pracodawca może patrzeć na certyfikaty z dwóch perspektyw. Pierwsza z nich, to zbieranie punktów we wszelakich programach partnerskich, organizowanych przez korporacje produkujące technologie, będące przedmiotem certyfikatów. Na przykładzie Microsoftu: im więcej pracowników danej firmy posiada certyfikat, tym więcej punktów firma otrzymuje w takim programie. Dokładne zasady członkostwa i korzyści z tego płynące nie są mi znane, jednak z pewnością gra jest warta świeczki. Pracodawca uczestniczący w takiej inicjatywie na pewno ceni sobie certyfikowanych pracowników, i może ich w jakiś sposób wynagradzać.

Jest to jednak czysto materialne podejście do tematu. Czy bowiem wyłącznie o punkty chodzi w certyfikacji? Certyfikat powinien świadczyć o wiedzy, jaką może pochwalić się jego posiadacz. Czy to nie jest ważniejsze?

Moim zdaniem, raczej nie. Powód jest bardzo prosty: posiadanie certyfikatu w większości przypadków świadczy tylko i wyłącznie o tym, że zainteresowany zapisał się na egzamin, pojawił się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie, usiadł przed komputerem , i wyklikał kilkadziesiąt poprawnych odpowiedzi. Niestety nie musi to wcale oznaczać, że faktycznie sumiennie opanował materiał potrzebny do uzyskania tytułu., ponieważ internet obfituje w mnogość nielegalnych materiałów zawierających pytania i odpowiedzi , wyniesione z prawdziwych egzaminów. Wystarczy nauczyć się ich na pamięć - i już.

Czy jest to etyczne? Nie. Czy jest to godne praktykowania? Nie. Czy zdobyte w ten sposób umiejętności przydadzą się w praktyce? Bardzo wątpliwe. Czy przynosi oczekiwany efekt, czyli zdanie egzaminu? Tak.

I właśnie w tym tkwi główny problem samej idei certyfikacji. Na oświadczenie „mam zdany taki i taki egzamin” większość pracodawców prawdopodobnie tylko wzruszy ramionami. Chciałoby się, aby sytuacja wyglądała inaczej, ale trudno oczekiwać respektowania potencjalnie bezwartościowych pod względem merytorycznym dokumentów.

Certyfikat okiem freelancera

Jeszcze inny pogląd na omawianą kwestię może mieć freelancer, taki jak ja. Oprócz referencji, portfolio i ogólnej opinii o osobie wolnego strzelca, równie ważna może okazać się lista zdnych przez niego egzaminów. Nie dlatego, że dzięki nim jest świetny, czy że dowodzą jego umiejętności. Potencjalny klient wcale nie musi być obeznany w temacie. Po prostu lista skrótów, literek i cyferek oraz magicznie brzmiących tytułów może „dobrze wyglądać”. Dla mnie - programisty, certyfikacja może nie mieć większego znaczenia. Ale już dla mnie - freelancera, może oznaczać „być albo nie być” na rynku.

Podsumowując - czy warto?

Oczywiście odpowiedź na tak postawione pytanie nie może być jednoznaczna. Jeżeli ma się w portfelu niezagospodarowane 80$ (przykładowy koszt egzaminu Microsoft) to można się o takie coś pokusić. Jednak wszystko zależy od oczekiwań z tym związanych.

Ludzie certyfikujący się na własną rękę , spodziewają się lepszej pracy, wyższej pensji, czy szacunku dla posiadanych papierów. Niestety raczej muszą przygotować się na rozczarowanie, bo tak naprawdę, jak napisano wcześniej, wszyscy wokół wcale nie muszą być tymi osiągnięciami zainteresowani. Z pewnością lepiej jest mieć certyfikat, do powieszenia chociażby na ścianie, niż go nie mieć, ale nie należy się spodziewać wielkich korzyści płynących z tego tytułu. Z pewnością nie są one „gwarancją sukcesu”, jak się je często przedstawia.

This entry was posted on Saturday, April 16th, 2011 at 3:25 pm and is filed under Internet. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. You can leave a response, or trackback from your own site.

Leave a Reply